Gdański sen

Gdański sen

Kilka dni temu miałam sen. Zobaczyłam w nim taki tytuł wpisu i po raz kolejny stwierdziłam, że czas zabrać się za modyfikację strony i bloga. Rebranding? Powoli, powoli.

Gdański sen, być może dlatego, że trochę ten czas był dla mnie jak sen, spełniony sen. W sensie spełnienia swojego marzenia, wyprowadzenia się do Gdańska, zamieszkania nad morzem, dokonania w swoim życiu ekstremalnej jak dla mnie zmiany po wielu latach mieszkania we Wrocławiu i przeprowadzki do miasta, w którym zakochałam się kilka lat wcześniej od pierwszego wejrzenia. Czy to miłość z wzajemnością i czy sen się kończy? Być może tak. Przynajmniej mentalnie od dwóch tygodni przygotowuję się na powrót do Wrocławia. Wszystko rozstrzygnie najbliższy miesiąc. Czemu sen i czy śniłam w tym czasie? Absolutnie nie. Raczej uziemiło mnie jak nigdy dotąd:) Chciałam tej zmiany i nie żałuję jej. Sporo spraw ujrzało w tym czasie światło dzienne, trzeba było się zmierzyć ze swoimi iluzjami, sporo się pokomplikowało i nie zabrakło trudności. Ale jest też sporo plusów :).

# 1 Relacje

Niektóre przyjaźnie się pokończyły, a niektóre bardzo wzmocniły. I to jest bardzo ciekawa kwestia z perspektywy niemałej odległości od rodziny, przyjaciół, znajomych. To, co miało się skończyć, skończyło się, a niespodziewanie wiele relacji dostało niespotykanej dotychczas jakości i nowej wartości. Sporo zmieniły się relacje rodzinne i przyjacielskie. Choć zawsze blisko byli, to nagle ja poczułam tę prawdziwą więź i bliskość. Inne zobaczyłam w nowym świetle, z dystansu i wyciągnęłam wnioski z czyjegoś zachowania, jak i ze swojego. Tego, co było warte, a co nie i co wpływa na nasze zachowanie. Być może ta duża zmiana i obcowanie w zupełnie nowym, niespotykanym miejscu i środowisku pokazała mi sprawy z innej perspektywy, docenienia tego, co dobre już w moim świecie, do czego tęsknię, co kocham, czego potrzebuję, a z czym nie czuję się dobrze, w czym się nie odnajduję i jakie aspekty sprawiają mi trudność, a jakie łatwość i jak ważne jest sprzyjające nam otoczenie i środowisko, w którym żyjemy.

# 2 Kim jestem, jaka jestem

Oooooo tego było najwięcej 🙂 Tak, ten czas, sprawy, które napotkałam z jednej strony doceniam, z drugiej przeklinam:) Ponieważ miałam plan! Rok w Gdańsku, bez ambitnych planów, odpocząć, zregenerować się, zmienić otoczenie, pomyśleć nad przyszłością, a to wszystko w innej perspektywie. Czy się udało? Nie do końca. Los się gromko zaśmiał z moich planów. Co 2-3 tygodnie byłam we Wrocławiu, załatwiając przeróżne sprawy. Irytacja, frustracja, niemoc, bezsilność, brak poczucia kontroli nad własnym życiem i totalny brak stabilizacji. Wnioski z własnych zachowań. I oczywiście druga strona tego medalu ( bo przecież zawsze są dwie). Patrzyłam jak zmienia się Wrocław, nawet w tak bardzo krótkim czasie. Mogłam odczuć, co mnie w tym mieście irytuje na maksa, a co kocham i czego nie ma według mnie w Gdańsku. Różnica w tych miastach jest i to spora. Choćby nieadekwatności cen mieszkań, wynajmu w porównaniu do kosztów życia i zarobków. Ale też atmosfery życia i otwartości ludzi. Spędziłam więcej czasu z bliskimi ludźmi i w szczerych, autentycznych rozmowach niż chyba dotychczas w życiu. I to też pokazuje, co jest dla mnie ważne, czego chcę w życiu i jakiej jakości. Patrząc na kwestie otoczenia, zrozumiałam, że w życiu są jakieś ograniczenia, a także, że warto je spróbować wykorzystać na plus, a nie na minus. Że szukanie “braków” i “niedociągnięć” i próba ich wypełnienia to jest jakaś droga rozwoju, ale dość szybko kończy się paliwo, jeśli najpierw nie opieramy się na tym, co już jest dobre i na czym można bazować.

# 3 Docenienie tego, co mam

O relacjach już pisałam dwa akapity wcześniej, ale tutaj mam na myśli coś innego. Docenienie własnego miejsca, które mam, czyli mojego domu, mieszkania, które wynajęłam we Wrocławiu, by móc tutaj na miejscu wynająć coś w zamian. Doceniam komfort tego, że mam swoje mieszkanie, że jeśli wrócę to wrócę do siebie i na swoje. Nie ma nic złego w wynajętym mieszkaniu prócz poczucia tego bycia u siebie, komfortu psychicznego, że nie muszę szukać czegoś, bo nie mam gdzie mieszkać. Owszem, doceniałam to wcześniej, ale też nie znałam drugiej strony wynajmowania od kogoś mieszkania i nigdy wcześniej nie musiałam się z tym mierzyć ze strony bycia najemcą. Taka mała, nie mała, a bardzo duża rzecz. Coś co zawsze było oczywiste jak to, że mieszkam u siebie. Fajnie jest też zmienić mieszkanie, miejsce, gdzie się mieszka, bo coś za sobą człowiek mentalnie zostawia i to jest z resztą udowodnione, że człowiek się psychicznie odkleja, a raczej wchodzi w nową przestrzeń- otwiera nowe drzwi nie tylko w życiu, w realu, ale też otwiera nowe drzwi w swojej głowie. Czyli..

# 4 Zmiana perspektywy

Wiąże się z każdą zmianą jak nowe miasto, otoczenie, osiedle, mieszkanie, praca, nowi ludzie, nowa mentalność. Zmiana perspektywy i poznanie nowego to z jednej strony podróż daleko w głąb siebie i poznawanie siebie w nowych okolicznościach, możliwość spojrzenia z dystansu na swoje życie, dotychczasowe poglądy i działania. To za każdym razem nowe drzwi, poznawanie, odkrywanie, wyzwania w świecie zewnętrznym. Ja akurat zasiedziałam się w pewnym sensie w moich postawach, kierunku myślenia, poczuciu utknięcia i nie widziałam możliwości wyjścia. Potrzebowałam zmiany tej perspektywy, nie wiedząc co przyniesie. Bo w najśmielszych planach bym nie wpadła na to, co się wydarzy.

# 5 Odwaga

Ten cały gap year pokazał mi, że w wielu aspektach brakowało mi tej odwagi. Czasem w działaniach, czasem w dopięciu niektórych spraw do końca. Obawy i strach potrafiły mnie mocno unieruchomić w realizacji niektórych rzeczy. Zyskałam więcej odwagi i pewności, więcej zdecydowania i wytrwałości, poczucia, że sobie poradzę. Te nowe wyzwania i otoczenie, które się pojawiły na początku mnie obezwładniły, nie mogłam się odnaleźć, ale powoli, krok za krokiem uczyłam się je pokonywać. Znalazłam swój mechanizm działania, wycofywania i ucieczki. Poczułam się silniejsza wewnętrznie, choć nie obyło się bez potknięć. Bo przecież nie ma ideałów i każdy popełnia błędy.

Zatem bilans? Tabela zysków i strat? A żeby to było takie proste! Jest i nie jest. Bo logicznie łatwo przeliczyć pewne wartości, ale są takie, które nie mają wskaźnika miary. Analityk, racjonalista pewnie by podsumował te kilka miesięcy jako bilans na minus, bo nie ma twardych dowodów i efektów. I dlatego takie kwestie jak zadowolenie, większa pewność siebie, większy luz i swoboda bycia sobą, taką jaką jestem, przyzwolenie na to, że rzeczy się zmieniają, większa harmonia psychiczna, lepsze poznanie siebie to takie wskaźniki, które dla mnie są nie do przecenienia. Nie do przecenienia jest wartość, którą wnoszą w nasze życie, budując jego lepszą jakość.

Tutaj chcę dodać jedną dygresję odnośnie mierzenia efektów. Wczoraj byłam na ciekawym spotkaniu dotyczącym pracy w zespołach scrum masterskich (agile, IT). I wiecie co zdałam sobie właśnie sprawę, dlaczego np. coaching jest bardzo, ale to bardzo nielubiany, a dokładniej “role miękkie” w firmach i organizacjach. Bo analityczne umysły nie potrafią “zmierzyć” tej wartości czynnika ludzkiego. Mają rację. Bo chcą zobaczyć konkretny efekt, zysk, liczbę, która potwierdzi ich inwestycję. A takie wartości jak lepsza komunikacja, większa świadomość siebie, ludzi, zależności, motywacji, tego, co wpływa na naszą pracę, na projekty, a docelowo na zadowolenie klienta, odbiorcy jest czymś często długofalowym, czymś , co się buduje, tworzy, zauważa po czasie. Ale szerzej ten temat poruszę w innym wpisie. Dziś nie o tym przecież :).

Wracając do tematu. Nawet jeśli za miesiąc wrócę to jedno wiem na pewno- nie żałuję tej decyzji o wyjeździe. Z czym zostaję? Z o wiele większą DOJRZAŁOŚCIĄ! Czy zostanę jeszcze tutaj? Nie wiem. W tej chwili jestem już chyba nastawiona na powrót i nawet tak między nami tęsknię za Wrocławiem. Chyba, że coś się zmieni w najbliższym czasie, co zmieni moją decyzję o powrocie. Panta Rhei.